• Wpisów:17
  • Średnio co: 104 dni
  • Ostatni wpis:4 lata temu, 22:19
  • Licznik odwiedzin:1 330 / 1879 dni
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
 


Już się gubię. Wdech, wydech.
Herbatka, w słuchawkach „Skłamałam” E. Bartosiewicz (replay non stop gwałcony) i setki myśli, które w sumie składają się do jednej.
Rozdarta. Niepewna. Znów daję sobie w twarz, ganiąc się za swoje zachowanie, za myśli, za słowa.
Mówiłam Ci, Serce! Mówiłam Ci, do cholery, odpuść sobie! Wiesz przecież, jak to zawsze wygląda. Wiesz, jak to boli. Nie jesteś chyba takie głupie, co? Prosiłam, daj sobie spokój, nie teraz, nie wolno Ci, przestań. Ale Ty zrobiłeś mi na złość. Dobrze, oboje zdajemy sobie sprawę z faktu, że potrzebujemy kogoś, kto ofiaruje nam swoją bliskość, kto nas zrozumie. Ale, na litość boską, znowu nie wyczułeś właściwego momentu! I przez Ciebie znowu, oboje, będziemy cierpieć. Ale i tak Cię kocham.
Zamykam na chwilę oczy. Powstrzymuję łzy. Otwieram je. Piszę dalej.
Nie lubię „tego” uczucia. Bo wiem, jak to się skończy. Ten sam scenariusz, niezmienny od lat. Chociaż czekam... na chwilę, w której coś się zmieni.
Ojezu, gdyby On wiedział. Gdyby wiedział, co do niego zaczynam czuć. To by się katastrofalnie skończyło.
Kiedyś szukałam kogoś, kto będzie dla mnie ideałem. Miałam zawsze swoje kryteria, takie wyznaczniki co do typu Pana Właściwego. Ale potem – poprzez nabywane doświadczenia – uświadomiłam sobie, że nie mam prawa wymagać od kogoś nie wiadomo czego, skoro mnie samej daleko do ideału. A, bądźmy realistami, w prawdziwym życiu praktycznie nigdy nie jest tak, że tzw. Książę i Kopciuszek są razem. I ja wcale nie potrzebuję Księcia, nie chcę go. Chcę osoby, która będzie miała mnóstwo wad, a ja będę je kochać i cierpliwie znosić. Która nie będzie jakaś niezwykle inteligentna i miała wyrzeźbione ciało. Która nie będzie liczyła najmniej sto osiemdziesiąt centymetrów wzrostu i kradła serca wszystkim desperatkom. Chcę, żeby ta osoba była zabawna, słuchała mnie, była ze mną szczera i godna zaufania.
On właśnie taki jest. Niby tak dobrze się dogadujemy, On się troszczy o mnie..., ale mam wrażenie, że traktuje w ten sposób każdą koleżankę. I że wyczuwa, że ja coś... że coś jest na rzeczy. A to zniszczy naszą jako taką relację.
Nigdy nie mam szczęścia. Łudzę się. A potem cierpię dziesięć razy bardziej, niż gdybym miała to wszystko gdzieś. Ale nigdy nie potrafiłam... i nie potrafię być obojętna dla kogoś, na kim w jakimś tam stopniu mi zależy.
  • awatar mean: hej, jeżeli interesujesz się polskim raptem i szukasz jakiś ciekawych cytatów - zapraszam do mnie. jeżeli chcesz to dodaj do obserwowanych/znajomych. z góry przepraszam za spam. piona. (:
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
- i jak tu nie kochać genialnej, pięknej, utalentowanej Demi? ;>

Dawno tu nie pisałam.
Życie jakoś leci. Pewne sprawy poukładane, dawno za mną. Czeka mnie nowy początek, ludzie, miejsca. Ale to dopiero za miesiąc.
Teraz skupiam się na moich znajomych, staram się poświęcać im jak najwięcej czasu. Chcę coś robić ze swoim życiem, czas spędzać jakoś kreatywnie, robić coś, doświadczać. Bywa ciężko, tym bardziej że to jedne z najnudniejszych wakacji i w pewnym sensie zmarnowanych. Ale są też pozytywne, bardzo pozytywne aspekty. Tylko ciągle muszę sobie przypominać, że muszę podchodzić do tego wszystkiego z dystansem, co jest naprawdę trudne.
Zastanawialiście się kiedyś, gdyby życie było jak film? Gdyby dało się wcisnąć pauzę lub replay, a w ważnych dla nas momentach leciałaby jakaś muzyka dla tła? Hm. Życie - jako takie - nieprzewidywalne, pełne zwrotów akcji, smutku, żalu, radości, łez, uśmiechu, zmagań... jest największym darem. I lubię je takie. Nie chcę wiedzieć, co się stanie. Nie chcę przewijać go ani do przodu, ani do tyłu. Chociaż kiedyś chciałam się cofnąć i pewne rzeczy zrobić inaczej, być może lepiej. Ale wiecie co? Może popełniamy tyle błędów, głupstw; może robimy tyle niepotrzebnych i potrzebnych rzeczy po to, żeby kształtować samego siebie? Zapewne. Niespodzianki, zagadki, nadszarpane nerwy, szczęście, cierpienie... Jezu, tego jest tak dużo... ale kocham. Kocham to.
Tęsknię. Tyle czasu... to się w głowie nie mieści. Muszę się ogarnąć, ale już nawet nie próbuję. Wiem, że to i tak bez sensu.
Raczej pozytywnie . Wierzę w lepsze dni. Jeśli nie ma smutku, nie ma radości. To co dobre w końcu się kończy i znowu są ciemne chmury. A co, jeśli jest się pomiędzy? Taką zawiesiną?
Zdecydowanie nie jestem tą samą osobą, co wtedy, kiedy zakładałam tego bloga. I nie umiem sobie odpowiedzieć na pytanie, czy to dobrze, czy źle.
 

 


Czuję jak się marnuję. Jak marnuję sobie życie. Siedzę ciągle w miejscu, praktycznie... nic nie robię, nie zmieniam. Zawisłam. Ale z drugiej strony staram się słuchać opinii innych - w moim mniemaniu - mądrych, zdystansowanych ludzi ze zdrowym humorem. Myślę czasami, że mam beznadziejne życie. Coraz częściej tak myślę. Bo non stop spotykają mnie jakieś problemy, jakieś pierdolone zakręty, i mimo że mam dopiero siedemnaście lat, to już czuję się tym zmęczona. To źle, bardzo źle. Bo życie jeszcze nieraz będzie dla mnie okrutne. Ale spoko, jestem w stanie się z tym pogodzić, pod warunkiem, że ktoś ma gorzej ode mnie. Niestety, ostatnio wszyscy mają się lepiej. Moja przyjaciółka... cóż, kolejny raz doszło między nami do spiny. W każdym razie boję się, że ją stracę, bo nie będę umiała przyjąć do świadomości, że ona poszła o krok naprzód. Zawsze była przede mną i tak już chyba niestety zostanie. Powiedziałam jej o tylu rzeczach, o moich obawach... czasami żałuję, o czym także ją informuję. A ona przyznaje mi rację, że niepotrzebnie mówię o pewnych kwestiach. Nie chcę, nie mogę jej stracić. Co chwilę dzieje się coś złego. Moi bliscy mają kłopoty, ale ja się przy nich uśmiecham i gram szczęśliwą wariatkę. Bo tak łatwiej. Jednak z drugiej strony ludzie nie biorą mnie czasami poważnie. To wk**ające.


Ale właściwie to się im nie dziwię. Nie daję im powodów, żeby zmienili do mnie nastawienie.
Jutro wycieczka do Krakowa, mojego ukochanego miasta. Nie mogę się doczekać.
Szkoła? C**jowo. Walczę. Walczę. I walczę. Ale chyba nie obejdzie się bez poprawki w sierpniu. To straszne, co z sobą robię. Wiem to i już chyba za późno, by coś zmienić. Nie wiem. Nic nie wiem. To wszystko mi się miesza, pieprzy, rozwala na kawałki. Nie jest tak jak być powinno nawet trochę.
  • awatar Don't kill butterfly !: Swietny blog ! Fajnie tu u ciebie ;) Zapraszam do mnie pisze opowiadanie i mam nadzieję że przypadnie Ci do gustu :) Jeśli tak dodaj do obserw ;)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 

- Rafał Brzozowski, jeden z najlepszych wokalistów. Lubię włączać sobie jego pierwszą płytę "Tak blisko", pić kawę i się odprężać. Teraz oczywiście czekam na kolejną ;].
Wczoraj moja przyjaciółka wreszcie sprostowała pewną sprawę. Ta to jest ciągle rozchwytywana... oby na siebie uważała, nie cierpię, kiedy ktoś ją rani. "Nie umiem się cieszyć, kiedy ty jesteś przybita. Wtedy ja też jestem" - to mi ostatnio powiedziała. Kocham ją.
 

 
Czuję się jak jakaś pieprzona zawiesina pomiędzy... no właśnie, pomiędzy k***a czym? Pustka.
 

 
Nie umiem. Po prostu... nie umiem. Emocjonalnie. Zamiast motyli w brzuchu - gigantyczna gula w gardle i... ciężar. Cholerny ciężar. Udawanie. Dziwne, że udawanie przychodzi mi tak łatwo. Że tak łatwo umiem ukrywać to co naprawdę czuję przed osobą, na której od tylu lat mi zależy. Przed osobą, którą... kocham? Za którą szaleję do utraty tchu? A ona mnie... ona mnie wymazała z życia już dawno. Nie chce mnie. Po prostu mnie nie chce. Nie tego się spodziewałam. Nie w taki sposób.
Nie umiem.
Nie mam nawet czym płakać. To i tak bez sensu. Podświadomie wiem, że to głupota... że już dawno powinnam odpuścić. Nie potrafię. Czym bardziej on się dystansuje, tym bardziej ja go pragnę. Chcę go. Najbardziej na świecie. Chcę go. I wiem, że go nie dostanę. Bo czym bardziej nam na czymś zależy, tym bardziej jakieś pieprzone siły tego świata robią nam na złość i to odbierają... czy naprawdę wymagam wiele!? Chcę szczęścia. Jak każdy człowiek. Ale moje szczęście jest w tym jednym życiu. Nie umiem się pogodzić z myślą, że to już koniec. Od paru lat z tym walczę... nie umiem. Co za gówno.
 

 
Było ognisko. Gdzieś o pierwszej w nocy zaczęło padać, ale o drugiej to już była totalna ulewa. Kolega zgubił portfel, więc musieliśmy tam wracać i go szukać. Na szczęście się odnalazł. To co się działo jak zwykle było spontaniczne, nienormalne i dziwne, hah. Ale jest ok.
Kilka dni później - impreza urodzinowa. Nie moja, kumpeli. Spadłam z czterech schodków i stłukłam sobie nogę, ale poza tym to ten dzień był cudowny. Otóż odezwała się do mnie pewna ważna osoba... i po tej krótkiej, prostej wymianie zdań, nie mogłam zasnąć z radości. Tak niewiele potrzeba mi do szczęścia... ; ).
 

 
Szczyt k***a pozerstwa. Nienawidzę pozerów. Nienawidzę, kiedy jakiś frajer rani bliską mi osobę. Kiedy robi jej "nadzieję" na coś więcej. Kiedy... naśmiewa się z niej, robi z niej kogoś naiwnego. Kiedy niszczy komuś jeden z najważniejszych dni w życiu tej bliskiej mi osoby. Nie mogę. Nie mogę po prostu.
 

 


Bawienie się z bratanicą to jedno z moich ulubionych form aktywnego spędzania wolnego czasu. Ale czasami tego nienawidzę, zwłaszcza kiedy dziewczynka robi się opryskliwa i niegrzeczna. Grr. Mimo to pół dnia spędzonego z tym małym, uroczym potworkiem i moim bratem upłynął mi całkiem przyjemnie.
Lekcje strasznie mi się dłużyły. I tak nie poszłam na trzy (formalnie cztery) godziny, ale za karę musiałam przez chwilę siedzieć w autobusie obok dwójki cuchnących alkoholem żuli. Już wolałam wybrać sobie towarzystwo obok głupiej, działającej na nerwy laski. Ona przynajmniej ładnie pachniała...
Picie zwykłej, czarnej kawy źle na mnie wpływa. Byłam potem jakaś taka roztrzęsiona, osłabiona i w ogóle myślałam, że oszaleję sama ze sobą. Zafundowałam moim stopom świetny peeling i włączyłam sobie ekstra film. "The first time" - tak jak w tytule. Nie będę tutaj go streszczać, wystarczy wpisać tytuł w Google, ale recenzje są pozytywne, tak samo jak komentarze oglądaczy. I ja ich wszystkich popieram, film jak na amerykańską produkcję (a takie uwielbiam! chociaż dla innych to s**t...) okazał się warty obejrzenia. Od razu mi się humor poprawił, a nieznośne głosy w mojej głowie się ogarnęły i dały mi żyć (LOL, to musi dziwnie brzmieć, co? ;p). W każdym razie po ostatnich kilku dniach załamki i ogólnego zamulania chyba doszłam ze sobą do ładu. Ustaliłam sobie główne priorytety: więcej sportu, nauki, kreatywności, optymizmu. Staram się nie myśleć o złych rzeczach, choć co chwilę dowiaduję się o czymś przykrym, co może nie dotyczy mnie bezpośrednio, ale jednak w jakimś tam stopniu.
Najważniejsze jest zdrowie, rodzina i przyjaciele. I mam nadzieję, że pod tymi względami wszystko będzie w porządku. Chciałabym bardzo.
Baj de łej! Obrazki z inspiracjami zacznę dodawać, kiedy wreszcie Internet zagości na moim lapku, bo coś się pochrzaniło (c**jsteczka wie, co...), a ponieważ na lapku mam sporo obrazków, a kompa staram się nie zaśmiecać, na razie nic z tego nie będzie.
Także, no. Jest dobrze.

EDIT.
Ijee, właśnie ogarnęłam, że pinger sam cenzuruje mi brzydkie wyrazy, wstawiając zamiast literek - gwiazdki .
 

 

Tak myślałam, czy by - oprócz dodawania tutaj własnych przemyśleń i dzielenia się cząstką mojego życia - nie zamieszczać także jakichś inspirujących obrazków (motywy nieba, jedzenia, magicznych miejsc, kobiet, mody itd). Tym bardziej, że mam tych obrazków całe mnóstwo. Wiem, że i tak nikt nie czyta moich wpisów ale co mi tam.
zapraszam na mojego bloga: http://www.bieberjustinlove.blog.onet.pl
Tak, historia o Justinie Bieberze. Nietuzinkowa, inna. Nie lubisz Bieber'a? Ja też za nim szczególnie nie przepadam, ale swoje hejty proszę - wsadź sobie w dupę .
 

 
Wpis tylko dla właściciela minibloga

Wpis prywatny. Może go zobaczyć tylko właściciel minibloga.

 

 

- świetna nuta.
Nie jestem z Zabrza, ale z okolic.

Chcę się schlać i wpaść w zapomnienie. Chcę korzystać z życia. A jedyne co robię, to marnuję czas. Nie uczę się. Muszę odreagować. Piątku, przybywaj!
 

 


Tak sobie słucham Pezeta i... jakoś nie chce mi się uśmiechać. Jestem idiotką. Martwię się, chociaż... czasami mój stosunek do pewnych spraw jest zbyt olewczy. Kilka tygodni temu koleżanka powiedziała mi: "Ty się k***a przejmujesz tym, czym nie powinnaś, a tym, czym powinnaś, nie przejmujesz się wcale". I może miała rację. Pamiętam, że wtedy trochę mnie to zdziwiło, ba - rozbawiło. Ale akurat teraz bardzo przejmuję się nauką. Jestem w kiepskiej sytuacji, i nie bardzo sobie z tym radzę. Wiem, że liceum to był błąd. Nie mój poziom, tak mi się wydaje. Rozbrajają mnie osoby, które mają dosyć wysoką średnią, a i tak jęczą, że jak dostaną ndst, to nie zdadzą. A co ja mam powiedzieć? Matma, fizyka, być może francuski - i stoję w miejscu. Muszę jeszcze zająć się biolą i edb, może przedsiębiorczością..., i niby coś tam się uczę, jakoś. Ale częściej siedzę i nic nie robię, albo baluję. Ale... nie wiem, kiedyś nigdy nie podejrzewałabym się o takie podejście do życia, jakie mam teraz. W sensie, że melanże, alko i nieznajomi, z którymi dogaduję się lepiej, niż z bliższymi. Ale alko działa na mnie oczyszczająco, jest swoistego rodzaju moim osobistym katharsis. Ostatnio osoba, która teraz już nie ma o mnie żadnego pojęcia, a pamięta mnie z czasów, kiedy byłam bardzo grzeczną, nieśmiałą dziewczynką, była w szoku, że... piję. Lubię przez te kilka godzin nie myśleć o niczym, cieszyć się chwilą, czuć na sobie spojrzenia facetów i... wtedy czuję, że wszystko gra. Na szczęście nie jestem tak zepsuta, jak niektórzy myślą. Jestem idiotką.
Chcę zrobić coś ze swoim życiem. I to od dawna. W mojej głowie toczy się wojna, wciąż wybieram niedelikatne poglądy. Chcę się bawić. I żeby nikt nie mówił mi, co jest dobre a co złe. Nie cierpię, kiedy ktoś przesadnie interesuje się moim życiem. Nie wiem, ile zostało mi jeszcze życia. Boję się, dlatego czerpię ile mogę, ale... chyba nie tak, jak powinnam. To chyba nie jest dobra strona, ale dobro chyba coraz bardziej mnie opuszcza. Stałam się arogancką, zimną, wredną suką. Przez ostatnie dwa miesiące coś się ze mną działo i dzieje dalej. Nie wiem, co. Nie wiem, czy dorastam, czy stoję w miejscu, czy to wszystko ma sens, czy powinnam się ogarnąć czy dalej w tym tkwić, jak mam z tego wyjść, co mam robić, jak mam żyć. Nie wiem.


To co kiedyś było mom priorytetem teraz traci na wartości. Zmieniają się poglądy, ludzie, rzeczywistość. A czego najbardziej potrzebuję? Tej jeden pieprzonej osoby. Prawie 4 lata. To jest zbyt trudne. Jestem idiotką.
 

 
*Tęsknota to chyba najdziwniejsze uczucie na świecie. Z jednej strony obumierasz, bo jest tak silna, że nie możesz funkcjonować normalnie. Z drugiej strony - to dzięki niej uświadamiasz sobie, jak bardzo ci kogoś brakuje*

Wczorajsza impreza nie była ani dobra, ani zła. Ale chętnie bym ją powtórzyła. Zadziwiło mnie, że - mimo wlewania w siebie alkoholu - ciągle byłam trzeźwa. I tak oto stałam się najtrzeźwiejszą osobą w towarzystwie. Naprawdę dziwnie.
Zdarzył się jeden nieprzyjemny incydent. Ale to nic, bo ogólnie, to nie mogłam narzekać. Nie ma to jak rozmawiać normalnie z kimś, kogo poznało się kilka lat wcześniej i kiedy łączyło nas naprawdę silne uczucie... a potem widzisz na kolanach tej osoby swoją najlepszą przyjaciółkę. Siedzisz obok nich i udajesz, że wszystko gra, no bo chyba nie rozkleisz się przy wszystkich? Zresztą... co on by sobie pomyślał?
Ale byłam i nadal jestem na nią wściekła. Miała mi nie robić takich akcji. Ona dobrze o tym wie. Wie, co czułam. A jej usprawiedliwienie? "Jego kolana były naprawdę wygodne..." grr! Smutno mi. Bo uświadomiłam sobie, że przez te wszystkie lata każdego chłopaka porównywałam do tego jednego. A teraz znów się spotkaliśmy, po takim czasie udawania, że po prostu nigdy dla siebie nie istnieliśmy. W każdym razie, on tak zrobił. Porzuciliśmy przeszłość i teraz, po tych latach, kiedy myślałam, że się uwolniłam od tego pieprzonego uczucia - ono wróciło. Ale muszę sobie wreszcie uświadomić, że nic nigdy z tego nie będzie. Nie jestem wystarczająco za... dobra? Puszczalska? A może grzeczna? Chuj wie.


Nie chcę nawet myśleć o tym, że dalej jestem w nim zakochana. Naprawdę, to najgorsza myśl ever. Nie mogę, nie... a mimo to, wbrew sobie, uświadamiam sobie, że nikt inny nigdy nie zajmie jego miejsca. Bo zawsze jest numerem jeden. Frajer. Nienawidzę go za to. Nienawidzę go, że jest taki..., że go tak lubię. To nie fair! Dlaczego nie mogę poznać kogoś innego, naprawdę fajnego, zakochać się w nim z wzajemnością i porzucić tamtego głupka? Chyba wystarczająco długo się z tym męczę! Helloł!
 

 
Cholerny ból pleców. Do tego brzuch. I łzy w oczach. Radość i smutek w tym samym momencie. To bez sensu.
 

 

W słuchawkach piosenka Lisowskiej, cudo (chociaż często mówię, że moja muzyka to gówno, ludzie nie przepadają za artystami, których lubię, huh).

No więc... początki bywają trudne, zwykle ciężko jest mi się zaaklimatyzować, ale potem się rozkręcam i jest świetnie. To mój pierwszy wpis tutaj (seriously? <sarkazm>, więc napiszę mniej więcej jakiś pseudofilozoficzny badziew, nie będę oryginalna, sorry.
Soooł! Mam siedemnaście lat, jestem roztrzepana, szurnięta i niemal non stop roześmiana, ale jednocześnie spokojna, zrównoważona (good joke, bro!)i czasami odzywa się we mnie natura samotnika. Lubię działać pod wpływem impulsu, a ryzyko i spontaniczność to coś, co napędza tę machinę zwaną moim życiem. Jeśli kogoś nie lubię, otwarcie mu to okazuję. Kiedy się cieszę, rzygam tęczą. Tematy związane z seksualnością nie są dla mnie żadnym tabu (może dlatego, że mamusia zawsze otwarcie ze mną o tym rozmawiała?) i ogólnie... chyba nie jestem normalna.
Śpiewam.
Tańczę.
Krzyczę.
Jestem.
Kokardki, szczeniaczki, szpilki, kwiatki - lubię takie dziewczyńskie rzeczy, ale nie jestem pusta, tak myślę. Staram się trzymać równowagę, co jest czasem trudne (dosłownie, jak chodzę to zawsze na kogoś "wchodzę", bo nie umiem chodzić prosto)
Jestem zdania, że życie mamy jedno i trzeba brać z niego jak najwięcej, żeby na koniec, kiedy będziemy mieć już suchą, pooraną zmarszczkami twarz, powiedzieć: "Miałam/em zaje*iste życie".
Co by tu jeszcze...
Jak po całym dniu czuję ból w nogach, to wiem, że ten dzień był aktywnie i dobrze spędzony. Matematyka jest dla mnie piekłem. Marzę, by wyjechać do Nowego Jorku. Kocham football, dzikie imprezy i moją przyjaciółkę.
Jaaaki bełkooot... wybaczcie. Później się postaram (ahahah, what a s**t...).
Zapamiętaj - jutra nie będzie!